Podróż dookoła świata... przystanek Bobowa.
Ostatni spacer ulicami zatłoczonego i gorącego miasta, ostatni kurczak, mango czy makaron kupiony na straganie z jedzeniem, ostatni przejazd tuk tukiem, jeszcze ostatnie zakupy... to już wszystko dawno za nami, od 6 tygodni jesteśmy w Polsce ... dla was Luang Prabang (2008.05.31)
LAOS
Luang Prabang
2008.03.06-15
Zaczęliśmy od noclegu. Podobno baza hotelowa jest tutaj ogromna ale ze względu na sezon turystyczny wieczorami znalezienie noclegu (w przystępnych cenach) może być już trudniejsze. Według rad napotkanych wcześniej na trasie podróżników powinniśmy oddalić się od samego centrum i tam szukać tańszych pokoi. Na początek jednak wyszliśmy z przystani celem zorientowania się trochę w mieście. Tutaj zaskoczyła nas ilość ludzi i ogromne targowisko z pamiątkami oraz regionalnymi wyrobami. Ulica, na którą weszliśmy była zamknięta dla ruchu i na całej jej długości oraz szerokości porozkładane były stragany. Jak się potem zorientowaliśmy taki wieczorny bazar odbywa się każdego dnia na kilku uliczkach w centrum nadając miasteczku niepowtarzalnego klimatu. Próbując przeciskać się pomiędzy spacerującymi turystami, straganami pytaliśmy o noclegi i w sumie już w drugim hotelu znalazł się wolny pokój (10$), w którym zostaliśmy.
W planie na ten wieczór było skontaktowanie się z Łukaszem, któremu w sumie nie daliśmy znać, że dotrzemy do Luang Prabang a wysyłane smsy do niego nie docierały- widocznie nie miał tutaj sieci. Napisaliśmy więc maila, że jesteśmy i czekamy na kontakt a w międzyczasie ruszyliśmy eksplorować miasteczko, zjeść kolacje i rozglądać się czy przypadkiem gdzieś go nie spotkamy. Słysząc gdzieniegdzie polską mowę zagadywaliśmy ludzi z pytaniem czy nie są na zorganizowanej wycieczce z przewodnikiem Łukaszem. W ten sposób dowiedzieliśmy się, że jest jeszcze jakaś grupa Polaków z przewodnikiem, która właśnie je kolację w restauracji takiej a takiej i zanim dostaliśmy od naszego znajomego jakiekolwiek informacje sami go w miasteczku znaleźliśmy. Tutaj trzeba wyobrazić sobie klimat tego miejsca. Luang Prabang jest laotańską perełką znajdującą się na trasie każdego turysty odwiedzającego te rejony świata. Centrum a właściwie główna ulica pełna jest przeróżnych hotelików, wspaniałych klimatycznych restauracyjek, w których zatrzymują się i stołują tylko turyści, biur podróży zapewniających turystom wszelkie możliwe atrakcje, których ceny kilkukrotnie przewyższają ich rzeczywistą wartość. Miasteczko to, podobnie jak Siem Reap w Kambodży nie ma nic wspólnego z resztą kraju, jego poziomem życia i jest kompletnie oderwane od laotańskiej rzeczywistości. Ma jednak swój specyficzny klimat, ale na jego podstawie nie można kreować wyobrażenia o reszcie kraju. Znając laotańskie realia, w Luang Prabang nagle szokują człowieka zachodnioeuropejskie ceny w restauracjach czy hotelach. Na szczęście obok tych turystycznych miejsc są również takie, gdzie żywią się miejscowi ludzie, gdzie ceny są przystępne a nawet bardzo niskie a potrawy smakują wyśmienicie.
Grupa Łukasza zatrzymywała się tutaj na dwa dość intensywne dni a my zostawiając sobie zwiedzanie na inny termin spędziliśmy razem dwa wieczory i dołączyliśmy do nich na wycieczkę do pobliskich wodospadów, w których można się również wykąpać. Miło tak porozmawiać z większą ilością ludzi w ojczystym języku jednak podróżowanie w zorganizowanej grupie, z zaplanowaną dokładnie trasą to nie do końca dla nas, chyba, że sami byśmy taki wyjazd organizowali. Podobnie jak w całym Laosie wszystkie knajpy w Luang Prabang zamykane są o godzinie 23:00. Jedyne miejsce, otwarte po tej godzinie to kręgielnia oddalona kilka kilometrów od centrum. W okolicach północy wszyscy tuktukowcy zaczepiają turystów oferując podwiezienie na kręgle. Właściciel musiał komuś dość mocno posmarować, skoro w tak turystycznym miejscu jest to jedyny otwarty po 24: 00 lokal, gdzie można się jeszcze napić piwa. Oczywiście na miejscu nie było ani jednego Laotańczyka - za wyjątkiem tych z obsługi. Zresztą samo wyobrażenie „kręgle” w Laosie brzmi jak z kosmosu. Jednak spotkanie ze znajomymi na drugim końcu świata trudno zakończyć o godzinie 23: 00 więc pojechaliśmy zagrać w kręgle.
Luang Prabang słynie z dziesiątek buddyjskich świątyń, w których żyje setki mnichów tak charakterystycznych dla tego miasteczka. Odwiecznym rytuałem mnichów jest poranne zbieranie jałmużny, które przy tak ogromnej ilości świątyń i samych mnichów jest niezwykłym zjawiskiem. W okolicach 6:30 rano mnisi wychodzą ze wszystkich świątyń i przechodząc ulicami miasteczka zbierają od wiernych jałmużnę. Ze względu na tłumy turystów wielu zwietrzyło na tym biznes i sprzedaje chętnym całe zestawy do składania mnichom ofiar. W związku z tym na głównej ulicy całe grupy wycieczkowe ustawiają się w rządkach i traktują to, jako swoistą atrakcję. Wystarczy jednak wejść w boczną uliczkę i wówczas ofiarodawcami są mieszkańcy miasteczka, dla których jest to święty rytuał odprawiany z należytą czcią, w odpowiedni sposób i z szacunkiem. Widok naprawdę warty porannej pobudki, którą fundowaliśmy sobie nawet kilkukrotnie.
Kolejną atrakcją miasteczka jak i całego Laosu są salony masażu, spa i wszelkich możliwych zabiegów kosmetycznych, które ze względu na ilość turystów bardzo dobrze w tym miejscu prosperują i cały czas się rozwijają. Ceny są tutaj bardzo przystępne a porównując do Europy można powiedzieć, że bardzo niskie, zwłaszcza przy obecnym kursie wymiany dolara, z którym związana jest cała Południowo-Wschodznia Azja (przykładowo: godzinny masaż całego ciała 4 - 5$).
Większość z przyjezdnych miejscowy targ żywności potraktuje jako ciekawostkę ze świata, którą należy zobaczyć, porobić zdjęcia i kategorycznie niczego nie próbować, co jest największym błędem podróżowania, gdyż właśnie w takich miejscach poznaje się smaki danego kraju i próbuje najlepszych potraw. Nie wspominając już o tym, że serwowane w takim miejscu potrawy są świeże czego nie można być pewnym w często dużo droższych i bardziej eleganckich restauracjach. Na straganach człowiek widzi jak potrawy te są przygotowywane i jakich składników się do nich używa. Wielu turystów twierdzi, że warunki są niehigieniczne, że w straganowych restauracjach naczynia myte są w wiaderku z wodą, która nie jest za każdym razem wymieniana. Zawsze wtedy pytamy czy mają pojecie jak wygląda zaplecze eleganckich restauracji, w których jadają? Tutaj, w Azji to są ogólne normy i zasady przygotowywania posiłków. Jedyna różnica polega na ładnym podaniu do stolika, którego często przy straganach nie ma. Jednak cały proces przygotowywania, mycia naczyń, sprzątania czy to na straganach czy na zapleczy dobrej restauracji jest bardzo podobny. Często toalety w restauracjach znajdują się gdzieś na zapleczu i żeby do nich dotrzeć przechodzi się przez kuchnie. Jeżeli ktoś boi się jadania na straganach i nam nie wierzy niech czasami sprawdza zaplecze ładnie wyglądających restauracji... Kolejna zaleta straganów jest taka, że wybór może jest niewielki, ale właściciele otwierają je mając świeże produkty do przygotowania potraw a kiedy wszystko się sprzeda kramik się zamyka, żeby otworzyć go ponownie następnego dnia po zakupieniu świeżych i nowych składników. Tutaj żywi się cała miejscowa ludność więc jedzenie musi być dobre, świeże i tanie. Właśnie tutaj na bazarze znaleźliśmy kramik z najlepszą w miasteczku (a nawet w całym Laosie) zupą oraz przepyszne grilowane ryby podawane na liściu bananowca czy przewyborne kurczaki (tutaj nie ma ferm i te grilowane wcześniej biegały po podwórkach a nie siedziały w klatkach i były faszerowane karmą). Tutaj też można znaleźć i spróbować trochę bardziej zwydziwianych lokalnych potraw jak na przykład grilowanych szczurów. My jednak nie czuliśmy potrzeby takich degustacji i w zupełności wystarczyło nam oglądanie tego typu przysmaków.
Nong Khiaw i Muang Ngoi Neua
2008.03.01-06
Wysiedliśmy w Nongh Khiaw i kiedy autobus oświetlając drogę odjechał zrobiło się całkiem ciemno z wyjątkiem światła księżyca, gwiazd i palonych śmieci gdzieś przy drodze. Autobus praktycznie minął wioskę więc w oddali widać było gdzieniegdzie jeszcze światła lamp. Ruszyliśmy w tamtym kierunku, na ulicy żywego ducha nie było a my musieliśmy znaleźć miejsce do spania. Tutaj wioski zasypiają najpózniej o godzinie 22:00 i znalezienie otwartego miejsca po tej godzinie czasami graniczy z cudem. Zwłaszcza jeżeli generatory prądu funkcjnują tylko przez kilka godzin wieczorową porą. Dochodziła 23:00 i trochę się obawialiśmy, że za chwilę mogą całkiem wyłączyć w wiosce prąd więc przyspieszyliśmy kroku aby jak najszybciej znaleźć hostel. Helmut był w tej miejscowości kilka lat temu więc miał rozeznane gdzie mniej więcej znajdują się hostele. W dwóch czy trzech pierwszych nikt nie otwierał. Na szczęście w kolejnym był jeszcze włączony telewizor i ktoś go oglądał. Odetchnęlismy z ulgą i zalogowaliśmy się do dwóch bambusowych domków zaraz nad samą rzeką. Potem dostaliśmy jeszcze po piwku i siedząc na tarasie, wspominając piętnastogodzinną podróż odpoczywaliśmy. Nastepnego ranka nie mieliśmy zamirau nigdzie się ruszać. Trzeba było odpocząć po takiej jeździe, tym bardziej, że kiedy zza gór wyszło słonce zrobił się naprawdę ładny i ciepły dzień, za czym po ostatnich przeraźliwie zimnych dniach bardzo się stęskniliśmy. Zrobiliśmy sobie kilkukilometrowy spacer do pobliskiej jaskini, delektowaliśmy się ciszą i spokojem miejsca, zrobiliśmy pranie a wieczorem skorzystaliśmy z ziołowej sauny (1$ od osoby), które w tym kraju bardzo nam się spodobały.
Tutaj już było dużo wiecej turystów niż w Phonsavan czy Xam Neu więc mimo, że wioska jest mniejsza niż tamte miasteczka posiada kilka przyjemnych restauracyjek i więcej miejsc noclegowych. Miejsce to jest na typowym przystankiem w trakcie jazdy na północny zachód lub do Muang Ngoi Neua (godiznę łódką w górę rzeki Nam Ou), do której my sami też się wybieraliśmy. Właściwie praktycznie wszyscy turysci zmierzali potem w tamtym kierunku i każdego ranka łódka pełna „farangów” (białych) płynęła do maleńkiej wioski Muang Ngoi Neua, gdzie nie ma już mechanicznych pojazdów, można dostać się tam jedynie rzeką a stamtąd ścieżkami dotrzeć do odleglejszych, jeszcze mniejszych górskich wiosek.
Muang Mgoi Neua składa się praktycznie z jednej gruntowej drogi wzdłuż której znajdują się gospodarstwa z których większość posiada po kilka prostych, bambusowych domków do wynajęcia turystom, kilka prostych restauracji, sklepików z podstawowymi produktami i buddyjska świątynia. Po znalezieniu domku na następne kilka dni ruszyliśmy na spacer po wiosce zatrzymując się na kawę z poznanym na łódce straszym austriakiem a potem na laotańską zupę w najbardziej lokalnie wyglądającym barze na samym końcu ulicy. Zdziwiło nas, że miejsce wyglądało jak wymarłe. Poza kilkoma białymi kręcącymi się po ulicy praktycznie ciężko było spotkać lokalnego człowieka. W sumie było wczesne popołudnie, najcieplejsza część dnia, trwała właśnie sjesta więc typowo laotańskim zwyczajem ludzie odpoczywali i gdzieś w cieniu ucinali sobie południową drzemkę. W barze, który wybraliśmy na posiłek trwało właśnie żeńskie spotkanie i zacięta gra w karty na pieniądze. Aż głupio nam było przerywać, gdyż gospodyni musiała wypaść z rundy na kilka chwil celem przygotowania naszego posiłku. Jak się potem okazało takie spotkania odbywały się tutaj codziennie. W okolicach południa schodziły się kobiety z maluńkimi dziećmi, które leżały w pieluchach obok albo bawiły się przy mamach, które przez kilka godzin prowadziły zacięte karciane rozgrywki. Tak nam się to miejsce spodobało, że codziennnie przerywaliśmy im tę grę i przychodzili tam na kawę, naleśniki czy zupkę. Gospodyni serwowała nam jeszcze dodatkowo jaśminową herbatkę albo podrzucała po bananie na deserek a potem szybko wracała do przerwanej gry z koleżankami. Tak zastanawiał nas wiek tych matek, gdyż wiekszość wyglądała bardzo młodo ale już zorientowaliśmy się, że w tej częsci świata nie trafiamy z szacowaniem wieku po wyglądzie i czasem dziewczyna może byc dużo starsza niż nam się wydaje albo całkiem odwrotnie. We wsi trwały właśnie zbiory czosnku, gdyż na całej długości i szerokości ulicy rozłożone były płachty z suszącym się na słońcu czosnkeim. Poza tym, na płotach i przydomowych sznurach suszyła sie też rzeczna trawa, porozkładana na pustych workach na zboże czy ryż. Zdążyliśmy się już dowiedzieć, że trawa ta (seaweed) jest typowym regionalnym przysmakiem, posiłkiem i będąc tutaj należy przynajmniej raz jej skosztować. Trawę taką wyławia się z rzeki, następnie rozkłada na pustych workach po zbożu czy ryżu. Kolejny etap jej przygotowania to ubijanie jej patykiem tak by wylała się z niej woda i wszystkie soki a sama trawa płasko przylgneła do pustych worków. Natępnie taką ubitą trawę posypuje się sezamem i rozwiesza na płotach czy sznurach do wysuszenia na słońcu. Potem cudo to smarzy się na patelni i serwuje do jedzenia. Z piwem smakuje całkiem ok. Trochę jak chipsy tylko potem w ustach trochę i robi się glonowate ale w sumie wygląda gorzej niż smakuje.
W okolicach zachodu słońca (który z powodu otaczających gór jest tutaj dość wczesny) wszyscy udają się w kierunku rzeki celem wymycia się. Przyglądaliśmy się temu z zainteresowaniem zauważając, że przykładwowo kobiety myły włosy najpierw proszkiem do prania a dopiero potem nakładały szampon z saszetki. Tutaj też sprawdza się zasada, że im biedniejszy kraj tym opakowania sprzedawanych produktów są mniejsze. Przykładowo szampony, proszki czy inne kosmetyki są w miniaturowych opakowaniach a najczęściej w niewielkich saszetkach. W takich miejscach łatwiej jest uzbierać pieniądze na pojedynczą saszetkę niż na cały duży szampon do włosów więc większe opakowania po prostu się nie sprzedają i nie mają racji bytu. Wieczorem wioska ożywa, pojawiają się na ulicach ludzie, biegają dzieciaki, rozkłada się kilka straganów z pożywieniem dla miejscowych. W sumie wygląda to na jakąś lokalną imprezę. Na środku ulicy stoi kilka stołów, zbiera się sporo ludzi i serwuje ryż z kurczakiem i zupę suto zakrapiane ryżową wódką lao lao. W tym miejscu skupia się wiekszość miejscowych osób a biali spędzają czas w kilku okolicznych restauracyjkach. Po zachodzie słońca robi się dość rześko więc dodatkwo, w kilku miejscach rozpala się na drodze ogniska, przy których ogrzewają się ludzie. Wieczorami, na dwie czy trzy godziny włącza się w wiosce prąd i do dziewiątej, najwyżej dziesiątej kwitnie „życie nocne” a potem miejsce cichnie, wszystko gaśnie i dobrze jest mieć ze sobą jakąś latarkę, żeby trafić do własnego domku. Za to o świcie ciężko jest spać, gdyż pierwsze koguty oddzywają się koło 4 rano. O 7, 8 rano kury, kaczki, świnie a czasami grasowanie po ogródkach „wodnych buffalos” – jest naprawdę głośno, głośniej niż potem w ciągu całego dnia – taka typowa podwórkowa poranna krzątanina. Zresztą, wczesnym rankiem nie tylko zagrody tętnią życiem ale również sama wioska. Na głownej ulicy ciężko jest przejść. O poranku trwa sprzątanie i zamiatanie po wieczornych ogniskach. W kilku miejscach rozstawione są stragany z gorącą laotańską zupą, którą wszyscy jedzą na śniadanie. Wygląda jakby codziennie inne rodziny gotowały, potem wystawiały gary na ulicy i cała wioska przychodziła tam się żywić kupując posiłek za niewielkie pieniądze. Jeśli ktoś nie mógł stawić się na straganie osobiście pakowano mu zupę, warzywa i przyprawy w osobne woreczki i jeszcze ciepły posiłek niesiono do domu. W sumie są tylko dwa stałe stragany a poza tym zupy wystawione są codziennie w innym miejscu i codziennie serwowane przez inne kobiety. Dodatkowo wczesnym rankiem można też kupić sepcjalny deserek- coś na kształt kilku różnych zimnych budyniów, galaretek polanych miodem i słodkim skondensowanym mlekiem. Przy tym straganie dominują najmłodsi, którzy zabierają takie deserki zapakowane w woreczki do szkoły, na drugie śniadanie. Byliśmy w szoku, gdyż takiego oblicza wioski jeszcze nie widzieliśmy tym bardziej, że w okolicach dziewiątej rano, kiedy przebywający tutaj biali w większości się budzili i wstawali znowu wszystko było ciche spokojne i prawie puste. Najlepsze, że nie można było już kupić tych porannych posiłków, gdyż wszystkie stragany były juz poskładane a że Tomkowi bardzo zasmakował galaretkowaty deser więc codziennie wstawaliśmy na tyle wcześnie, żeby udało się go jeszcze zjeść.
W trakcie jednego z wioskowych spacerów trafilismy również pod szkołę i wówczas przypomniały nam się typowe prace społeczne z dawnych czasów w Polsce. Akurat była sobota więc zamiast lekcji przez cały dzień budowano nowy szkolny budynek. Obecna szkoła, w której aktualnie prowadzi się zajęcia jest bambusowa, nowa będzie dużo większa i już murowana. W ramach prac społecznych w pomoc zaangażowane są wszystkie dzieci i to one noszą wiaderka z piaskiem, mieszają beton czy pomagają znosić suszące się cegły. Poza tym jednego dnia wybralismy się też na trekking po okolicy i wówczas zobaczyliśmy gdzie w ciągu dnia znika cała wioska. Wszyscy zaangażowani są w budowanie drogi. Muang Ngoi Neua z pozostałymi mniejszymi wioskami połączone jest jedynie waską ścieżką prowadzacą górską doliną. W związku z tym trasnport zboża czy jakichkolwiek innych towarów jest dość kłopotliwy. Wygląda na to, iż teraz mieszkańcy okolicznych wiosek wspólnymi siłami budują szersze drogi gruntowe które będą w stanie zmieścić przynajmniej wóz. Zresztą, jeżeli sami drogi nie zrobią to po prostu nie będą jej mieli. Idąc w kierunku kolejnych oddalonych górskich wiosek natrafiliśmy na dość szeroką dolinę, wykorzystywaną pod uprawę ryżu, gdzie na własne oczy mogliśmy się przekonać o zagrożeniu niewybuchami. Cały oddział wojskowy zaangażowany był w sprawdzanie miejscowych pól i oczyszczanie ich z ewentualnych niewybuchów przed kolejnym sezonem rolniczym. Troche nas to przeraziło i nie byliśmy pewni czy przejście jest bezpieczne jednak wojskowi wskazując ścieżkę kiwali potakująco głowami. W związku z tym trzymając się ściezki poszliśmy dalej odwiedzając dwie niewielkie górskie wioski, w których w sumie można też zostać na noc ale my zdecydowalismy się wrócic jeszcze tego samego dnia. Zastanawialiśmy się nad kilkudniowym trekkingiem i nocowaniem gdzieś po drodze ale okolica nie zrobiła na nas piorunujacego wrażenia i w sumie trasa prowadzi głownie dolinkami i ściezkami łaczącymi poszczeólne wioski więc po przedyskutowaniu za i przeciw postanowiliśmy wrócić i następnego dnia pojechać już do Luang Prabang, gdzie nasz kolega Łukasz (pilot wycieczek po Azji) miał przyjechać z prowadzoną przez siebie grupą Polaków. W Polsce, przez ostatnie kilka lat jakoś ciężko było nam się spotkac więc czemu nie zrobić tego w Laosie, skoro nadaża się ku temu okazja?
Jak postanowiliśmy tak też zrobiliśmy i w czwartek rano spakowaliśmy plecaki i wsiedli na łódkę do Nong Khiaw a potem przesiedliśmy się na kolejną do Luang Prabang. Wszyscy nam polecali przebycie tego odcinka łódką ze względu na piekne widoki, przypominające nam trochę polski przełom Dunajca. Oczywiście skusiliśmy się na łódkę. Widoki owszem były piękne tylko jak zawsze przestają cżłowieka interesować po kilku godzinach płynięcia, zwłaszcza jeżeli siedzi się na niewygodnej, drewnianej ławce i z niewielką możliwością zmiany pozycji. Po dziewięciogodzinnej podróży łódką dotarliśmy do laotańskiej perełki – Luang Prabang. Byliśmy bardzo zmęczeni ale sił na szczęście na spotkanie z Łukaszem i jego grupą nam nie zabrakło.
Xam Neua, Vieng Xai
2008.02.28-03.01
W czwartkowe popołudnie dotarliśmy do Xam Neua, stolicy prowincji Hua Phan, prowincji która jest najrzadziej odwiedzana przez turystów. Wysiedliśmy z autobusu i podszedł do nas jeden z tuktukowców, do którego się we czwórkę zapakowaliśmy. Nie pamiętamy czy mówiliśmy mu, że chcemy jechać do centrum, hostelu, miasta, bazaru miejskiego ale na pewno coś w tym stylu. Kierowca pokiwał głową i ruszył. Byliśmy zaaferowani rozmową więc nie zwracaliśmy zbytniej uwagi, gdzie jedzie. W każdym razie mijaliśmy jakieś zabudowania a potem znowu było pusto i kiedy nasz tuk tuk się zatrzymał zorientowaliśmy się, że jesteśmy znowu na jakimś placu, gdzieś pośrodku niczego. Mieliśmy chyba bardzo zdziwione miny i pytaliśmy go o co chodzi, gdzie jesteśmy i że chcieliśmy do centrum, na co on kiwał głową i się uśmiechał. Wreszcie znalazł się inny kierowca, który zrozumiał pokazywane przez nas na mapie nazwy hostelu, bazaru czy czegoś innego i ze śmiechem wytłumaczył naszemu o co nam chodzi. Ten złapał się za głowę i zaczął nas przepraszać, że nie zrozumiał. Zawiózł nas z jednego dworca autobusowego znajdującego się poza miastem na drugi czy trzeci też będący całkiem poza miastem. Teraz już wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem i tym razem kierowca zawiózł już nas do celu. Zbytniego wyboru nie mieliśmy, gdyż w miasteczku znajdują się dwa czy trzy hostele więc po sprawdzeniu pokoi w pierwszym, który był ok, Dominika z Johaną zostały na recepcji z plecakami a chłopcy poszli na szybki rekonesans pozostałych miejsc noclegowych. Na zewnątrz było potwornie zimno więc dziewczyny chętnie skorzystały z laotańskiego zwyczaju picia ciepłej zielonej herbaty wszędzie, o każdej porze dnia i nocy, która najczęściej jest serwowana za darmo. Tak też było w naszym hotelu, gdzie na recepcji siedziało również trzech innych białych próbujących się rozgrzać oferowaną herbatą więc kiedy wrócili chłopcy dziewczyny były już pogrążone w dyskusjach. Pierwszy wybór hostelu okazał się bardzo trafny więc chłopcy wynegocjowali tylko dodatkowe koce i mogliśmy zanieść plecaki. W międzyczasie dyskusje z nowopoznanymi osobami (dwóch niemców i jeden australijczyk, którzy podróżując każdy z osobna dwa dni temu też się tutaj spotkali) tak się rozwineły, że „recepcyjne” spotkanie przedłużyło się do dwóch godzin. Rozeszliśmy się wszyscy tylko na 40 minut celem odświeżenia i przebrania, po przerwie wszyscy wyruszyliśmy na wspólną kolację. Byliśmy chyba jedynymi białymi w tym miejscu. Wybór restauracji w miasteczku jest podobny do wyboru hosteli więc po długich dywagacjach czy wybrać grecką, włoską, meksykańską czy tajską kuchnię zdecydowaliśmy się po prostu na laotańskąJ. Niemiec, australijczyk oraz szwedzko – holenderska para chcieli się potem udać do Wietnamu natomiast my wraz z drugim niemcem mieliśmy w planach północny-zachód Laosu. Jak się okazało autobus stąd do Hanoi jeździ tylko raz w tygodniu, w soboty więc nasza czwórka mogła jutro spokojnie pozwiedzać jaskinie w Vieng Xai a potem, w sobotę mogliśmy się rozjechać każdy w swoją stronę. Nowopoznani chłopcy trochę nie wstrzelili się z terminem więc chcąc nie chcąc musieli jeden dzień dlużej zostać w Xam Neua a Helmutowi, który jechał w naszym kierunku nigdzie się nie spieszyło i tym sposobem okazało się, że wszyscy rozjedziemy się w sobotę rano.
Kolacje zakończyliśmy około 21:00, gdyż naszą jadłodajnie już zamykano. Zresztą całe miasteczko układało się już do snu a otwarte były jeszcze jedynie dwa bary. Obydwa to były bary karaoke więc chcąc zakosztować lokalnego życia nocnego udaliśmy się do jednego z nich. Tutaj o rozmowie można już było zapomnieć chyba, że ktoś krzyczał prosto do twojego ucha więc pozostała nam obserwacja lokalnej młodzieży i popijanie piwa. Jednym słowem podziwianie lokalnego folkloru. Nie tylko tutaj ale też w Wietnamie czy Kambodży bardzo głośno słucha się muzyki a we wszystkich barach jest puszczona tak, że w ogóle nie da się rozmawiać a najlepiej jeszcze zatkać uszy i wtedy dopiero można jej spokojnie posłuchać. W Laosie bary mogą być otwarte tylko do godziny 23:00 więc młodziez nie ma zbyt wiele czasu na zabawę. Był czwartek a miejsce wypełnione było po brzegi więc my z zainteresowaniem przyglądalismy się miejscowym sposobom spędzania wolnego czasu i zabawy. Niewielkie grupki znajomych skupiały się przy poszczególnych stolikach barowych. Głównym trunkiem (jak chyba wszedzie na świecie) było piwo, z ta różnicą, że tutaj pija się je z lodem (mimo, że jest potwornie zimno) i rozlewa butelki pojedynczo, każdemy po trochę. Dopiero po skonczeniu jednej otwiera się drugą. Podobnie jak z jedzeniem – wszyscy wspólnie a nie każdy trzyma w ręku swoją własną butelke.
Parking przed barem był zapełniony motorami, którymi wszyscy się potem do domów rozjeżdzają. Wcześniej jednak stoją wokół stolików i wspólnie ile sił mają w płucach wyśpiewują słowa puszczanych piosenek – NIESAMOWITE! Najlepsza była grupka dziewcząt która miała bardzo piskliwy głos... to one wiodły prym na imprezie. Nic tylko z wielkim uśmiechem na twarzy obserwować młodzieńczą energię. Poza tym, staliśmy się lokalną atrakcją i każdy podchodził z wielkim rogalem na twarzy się przedstawić, stuknąć się z nami szklaneczką piwa i zapytać czy dobrze się bawimy na co zgodnie ze śmiechem, odpowiadaliśmy, że SUPER! Trzeba przyznać że cała impreza i zachowanie młodzieży w dość specyficzny sposób przypominało nam zachowanie europejskie. Daleko im było do tradycyjnego, dość konserwatywnego laotańskiego społeczeństwa. Gdy wracaliśmy nadal dudaniała nam w uszach laotańska/tajska muzyka, w tych rytmach też zapadliśmy w głęboki sen.
Następnego ranka we czwórkę wybieraliśmy się zwiedzić jaskinie w Vieng Xai, oddalonym od Xam Neua około 25 kilometrów co dawało godzinną jazdę otwartym tuk tukiem więc ubraliśmy na siebie wszystkie ciepłe rzeczy i ruszylismy na dworzec. W międzyczasie dołączył do nas kolejny biały człowiek – tym razem nowozelandczyk, którego jakimś cudem dzień wcześniej nie spotkaliśmy. Ta okolica jest takim miejscem, gdzie docierają ludzie będący w dłuższej niż trzytygodniowej podróży i chcący zboczyć z najczęsciej uczęszczanych przez turystów szlaków. Dopiero tutaj mogliśmy zobaczyć jak wygląda prawdziwe laotanskie miasteczko, stolica prowincji, w której nie ma niczego zrobionego typowo pod turystów. Nawet te dwa czy trzy hostele są przeznaczone głównie dla miejscowych podróżujących, którzy odwiedzają Vieng Xai jako bardzo ważne miejsce w historii swojego narodu. To własnie w znajdujących się przy Vieng Xai dziesiątkach ogromnych jaskiń ukrywało się jak również rządziło podczas wojny amerykańskiej całe dowództwo Pathet Lao - partii komunistycznej. Każda jaskinia jest swoistym pomnikiem pamięci poszczególnych przywódców czy cżłonków rządu, którzy spędzili tam, wraz ze swymi rodzinami kilka lat życia. Zwiedzanie tych miejsc jest bardzo interesujące a same jaskinie naprawdę ogromne i niesamowite jednak bardzo brakowało nam w tym wszystkim informacji o samych formacjach skalnych, ich pochodzeniu, powstawaniu, jakiegokolwiek podłoza geologicznego. Tutaj zwiedzanie skupia się na opowieściach o komunistycznych przywódcach i ich poszczególnych zasługach co oczywiście dla Laosu i jego mieszkańców jest bardzo ważne i tak naprawdę dlatego jest to miejsce godne odwiedzenia. Z każdą zwiedzaną jaskinią historia kolejnych przywódców komunistycznych stawała się dla nas coraz mniej interesująca. Nas najbardziej interesowały niesamowite formacje sklalne przypominające te w wietnamskiej Halong Bay z tą różnicą, że tutaj nie ma wokół nich wody. Niestety ani w Halong Bay ani tutaj nie udało nam sie niczego więcej w tym temacie dowiedzieć. Przewodnik w Wietnamie kompletnie nie mówił po angielsku a ten miał ogromną wiedzę ale głównie jeśli chodzi o komunistyczny rząd i jego losy podczas życia w jaskiniach. Po zobaczeniu tych miejsc wiedzieliśmy już dlaczego amerykanom nie udało się zlikwidować komunistyczznej armii. Jaskinie są ogromnymi naturalnymi fortecami które są nie do zdobycia bez ofensywy lądowej. Niestety, przez to laotańczycy musieli znosić dziewięć lat nieustannych bombardowań kraju. W tych okolicach praktycznie całe wioski ukrywały się w obecnych tutaj jaskiniach, z których wychodzono dopiero po zmroku, kiedy bombardowania się kończyły. Praktycznie każda rodzina w tym regionie padła ofiarą wojny. W każdej rodzinie ktoś zginął od zrzucanych bomb albo od natrafionych niewypałów. W sumie nie ma się co dziwić, że jeszcze do niedawna dzieci bały się tutaj białych ludzi, których kojarzono jedynie z amerykanami, bombami, wybuchami, śmiercią i rodzinną tragedią.
Skończyliśmy zwiedzać jaskinie i do ostatniego lokalnego transportu zostało nam pół godziny, idealny czas na zjedzenie szybkiego obiady na pobliskim targu. Upewniliśmy się u kierowcy czy na pewno odjeżdża o 15:00 i zamówliliśmy sobie loatańskie zupy. W sumie od szóstej rano niczego nie jedliśmy więc dość nieźle zgłodnieliśmy i pałaszując zaupki nie zwracaliśmy uwagi na nasz pojazd, którym mielismy wracać. Dopiero pod koniec jedzenia z przerażeniem spojrzeliśmy w tamtą stronę widząc, że jest już cały zapełniony a w kolejce są nadal ludzie do wejścia. Z lekkim niedowierzaniem podeszliśmy również my (pięć kolejnych osób). Zwykle ławeczki są jedynie po bokach ale tym razem dołożono jeszcze jedną po środku a i tak nie było już miejsca. Dwóch miejscowych chłopaków zrobiło miejsce na ławce dla Dominiki i Johany a sami wdrapali się na dach. Za nimi ruszyli nasi chłopcy, gdyż w środku nie dało się już szpilki wcisnąć. Pozostali chętni ustawili się na tylnym podeście, obok żywgo świniaka, którego przywiązano linami i który przeraźliwie piszczał. Ludzie na podeście jechali na stojąco trymając się tylko poręczy. W takim małym pojeździe, nie licząc czterech osób w szoferce kierowcy jechało nas 27 osób a dodatkowych osiem siedziało jeszcze na dachu. Trzeba przyznać, że całkiem niezły wynik 41 homos sapiens plus świniak heeee. Na koniec przezorny kierowca, żeby ludzie nie rozpierzchli się mu na dworcu bez płacenia zatrzymał się kilka kilometrów przed celem i zebrał od wszystkich należną opłatę. W sumie chłpcy na dachu dośc dobrze na tym wyszli, gdyż mieli okazję podziwiać po drodze okolice, która tutaj jest napradę ładna.
Wieczorem, jak dnia poprzedniego spotkaliśmy się wszyscy na kolacji a potem nie mając już ochoty na głośny bar karaoke przenieśliśmy się do hotelowej recepcji. Zamówiliśmy transport na następny ranek (rozjeżdzlaiśmy się w różnych kierunkach więc z różnych dworców autobusowych) i mogliśmy spokojnie jeszcze kilka godzin pogawędzić. Rano szybkie pożegnanie, życzenie sobie wzajemnie bezpiecznej podróży i razem z Helmutem pojechaliśmy na dworzec. Tutaj nie było już rozróżnienia na VIP busy. Autobus do Luang Prabang przez pólnocną częśc Laosu był tylko jeden dziennie więc kupiliśmy bilety i spokojnie czekali na swoją kolej do wejścia. Nam udało się jeszcze kupić ostatnie dwa miejsca siedzące a Helmut dostał już bilet bez numeracji. Nie zmieniło to faktu że w ostatnim rzędzie miejsc zamiast w piątkę siedzieliśmy w siedem osób. Autobus wypakowany był po brzegi, zanim jeszcze wsiedli do niego ludzie. Bagażniki oraz cały dach zjamowały paczki, kartony i inne dziwne wiezione sprzęty natomiast całe przejście pomiędzy siedzeniami wypełnione było dwoma warstwami worków z ryżem. Do tego wszystkiego zaczeli pakować się ludzie. Każdy ze swoimi podręcznymi reklamówkami, torbami czy małymi plecakami. Miejsca siedzące się skończyły więc pozostali usadawiali się na ryżu. My zajeliśmy miejsca w właściwie jedno na pół na samym końcu autobusu a Helmut usadowił się na workach, zaraz przy kierowcy. Towarów i ludzi było na dwa całe autobusy i jedną ciężarówke. Teraz czekało nas 8-10 godzin jazdy przez góry. Wszystko fajnie tylko, że czas jazdy autobusu podany był dla normalnego załadunku. Niestety nasz był kilkukrotnie przeładowany więc każda górka pokonywana była w żółwim tempie a z góry też nie mógł się zbytnio rozpędzać gdyż droga była strasznie kręta. W związku z tym zamiast planowanych 10 godzin jechaliśmy piętnaście! Pierwsze pięc czy sześć godzin sprawiało jeszcze nam frajdę jeżeli można tak nazwać siedzenie na jednym pośladku, z nogami pod brodą i praktycznie zerową możliwością zmiany pozycji. Taki lokalny folklor. Potem jednak wszystko zaczynało cierpnąć i człowiek zaczynał czuć wszystkie mięśnie. Za oknami przez pierwsze kilka godzin krajobraz był interesujący... jednak przez kolejne staje się dość monotonny - porośnięte lasami górki i tylko co kilka godzin jakaś niewielka, biedna, górska wioska. Najgorszy był jednak brak możliwości wydostania się z samego tyłu autobusu chyba, że chodząc ludziom po rękach, plecach czy głowach. Kierowca robił jakieś krótkie przerwy dla skorzystania z przydrożnych krzaczków jednak wysiadali głównie Ci siedzący blisko wyjścia oraz chłopcy, którym w takich momentach zawsze jest łatwiej i po prostu wyskakiwali przez okna a potem przez okna na swoje miejsca wracali. Na szczęście była też jedna przerwa na obiad, w trakcie której wszyscy wysiadali ale także doszli nowi pasażerowie. Zastanawialismy się jak się kolejni pomieszczą ale tutaj chyba wszystko i wszystkich da się upchnąć. Po obiadku w autobusie jak to zwykle bywa kilka osób wymiotowało. Zrobiło się już ciemno i w sumie sami nie wiemy jak nam to się udało w takich dziwnych pozycjach ale zasneliśmy. Całe szczęście, że Helmut siedział z przodu i czuwał, gdyż kierowca przejechałby Nong Khiaw, gdzie chcieliśmy wysiąść, bez zatrzymania się. Oczywiście jedyną możliwością wydostania się z autobusu było wyjście przez okno, co też uczynilismy i teraz trzeba było tylko poczekac kilkanaście minut na odnalezienie naszych plecaków. Kierowca z pomocnikiem weszli na dach i w ciemnościach (mieli jedną słabą latareczkę) pomiędzy dziesiątkami innych bagaży szukali naszych plecaków. Wreszcie im się udało. Dostaliśmy plecaki, autobus odjechał i zostaliśmy w ciemnościach sami...
Vientiane
2008.02.24-26

Pakse
2008.02.23
Leniuchowanie, leniuchowaniem, klimat klimatem ale trzeba było wreszcie się z tego sielankowego miejsca ruszyć. W związku z tym, sobotniego ranka spakowaliśmy plecaki i kupiliśmy bilety do Pakse. W sumie, nadal nie wiedzieliśmy czy zatrzymamy się tam dłużej, czy zwiedzimy jeszcze laotańskie plantacje kawy (Bolaven Plateau) ruiny Champasak czy pojedziemy prosto do stolicy. Stwierdziliśmy, że czas pokaże. Do Pakse jechaliśmy typowym laotanskim transportem czyli czymś na kszałt naszego żuka, gdzie na pace zamontowane są dwie ławki po prawej i lewej stronie. Wchodzi tam tyle ludzi ile ...WIĘCEJ
Don Det, Si Phan Don (region 4000 wysp)
2008.02.18-23
Na początek przejazd busem z granicy do Ban Nakasang, potem przesiadka na łódkę i wreszcie, wczesnym popołudniem dobiliśmy do niewielkiej plaży na wyspie Don Det. Trzeba przyznać, że było dość ciepło więc na początek znaleźliśmy maleńki skrawek cienia dla plecaków i Tomka. Tym razem Dominika ruszyła w poszukiwaniu noclegów co w tym miejscu wcale nie było takie proste. Zwykle, jak podjeżdża autobus z turystami albo dobija łódka wypełniona potencjalnymi klientami zawsze znajdzie się kilku agitatorów oferujących swoje hostele, bungalowy czy inne miejsca noclegowe ...WIĘCEJ
Pozostałe relacje z Azji Południowo - Wschodniej
Relacje z Nowej Zelandii, Fidżi i Sydney
Relacje z Ameryki Południowej























